Top
2011_07_28_Dream_Theater_070

Dream Theater, Amplifier – Spodek, Katowice, 28.07.2011

Share on Twitter

No i stało się. Dream Theater pojawił się w Polsce po raz siódmy. Skoro zaś jeżdżę za nimi od krakowskiego koncertu w roku 2000 – nie wypadało nie pojawić się i tym razem w Katowicach. Jednakże w składzie nastąpiła dość poważna zmiana, ale o tym fani wiedzą doskonale.

Koncert otworzył Amplifier – trio z Manchesteru. Trio, choć na scenie (i na zdjęciach) widać było wyraźnie czterech muzyków. Przyznam, że nie zaskoczyło mnie to specjalnie. W trakcie rozmowy, którą kilka miesięcy temu miałem okazję przeprowadzić z Neil’em Mahony – basistą formacji (wywiad dostępny w magazynie Electric Nights 2/2011) – choć nie wprost, zapowiadał możliwe zmiany w scenicznym wydaniu Amplifier. Bardzo chciałem ich zobaczyć i… niestety rozczarowałem się. Nie ze względu na słabą formę. Przyczyną fatalne nagłośnienie supportu. Panowie na scenie prezentują się zacnie, szczególnie Sel i Neil, nie szczędząc emocji wyrażanych „choreograficznie” (obowiązkowo w krawatach z symbolem The Octopus).

Dream Theater zaczął o 21:05 od „Under A Glass Moon”. Odczucia niemal identyczne do tych z kilku poprzednich spotkań. Jeżeli ktoś widzi DT po raz pierwszy, może się zachwycić. Każdy kolejny zachwyca mniej. Choć kunszt instrumentalny robi wrażenie zawsze. Jak wypadł Mike Mangini? Dobrze. Fantastyczny bębniarz, muzycznie nieźle wpasował się w miejsce, które przez ćwierć wieku zajmował Mike Portnoy. Scenicznie miałem wrażenie, że miejsce Portnoya jest puste. W trakcie kilkunastu minut, które mieliśmy dostępne w fosie, nagle zadałem sobie pytanie: czy widzę cały zespół? Autentycznie liczyłem do pięciu wskazując w myślach kolejne instrumenty plus Jamesa. Niby się zgadza. Ale czegoś brakuje. Brakuje elementu przyciągającego wzrok i dowodzącego akcją. W zamian twarz Mike’a Manginiego za bębnami (choć może lepiej powiedzieć „w”), za którymi wyglądał jak ktoś w ogromnym telewizorze. Nawet gdy wstawał, górna rama zestawu powodowała, że było to słabo widoczne, przynajmniej dla mnie. Wraz z Portnoyem odpłynęła sceniczna witalność tego zespołu. Może to chwilowe, może Mangini dopiero się rozkręca. Oby. Póki co czekam na płytę. Może poprawi mi humor. Po pierwszym singlu (pojawił się także w Spodku) jednak mam małe obawy. Poczekajmy do września…

Setlista:

Under A Glass Moon, These Walls, Forsaken, Endless Sacrifice, Drum Solo, YTSE Jam, Peruvian Skies, The Great Debate (bardzo ucieszyło), On The Backs Of Angels, Caught In A Web, Through My Words, Fatal Tragedy, The Count Of Tuscany.

A na bis: Learning To Live.

Scenę opuszczali o 23:13 (lubię EXIFY:) ).

2 Comments

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>