Z kilkutygodniowym opóźnieniem Coma w końcu dotarła po raz kolejny do Lublina. To był chyba mój 6 koncert zespołu, który fociłem w Graffiti. Nie lubię fotografować ich w tym miejscu. Nie dlatego, że nie lubię klubu – czasem wydaje mi się, że to mój trzeci dom. Przede wszystkim ze względu na tłok uniemożliwiający „operowanie” na sali i światła, mające niewiele wspólnego z oświetleniem przednim. Kolumny głośników ustawiane przed sceną z obu stron także nie poszerzają pola widzenia.
Tym razem jednak frekwencja była mniejsza niż zwykle. Nie było potwornie ciasno. Prawdopodobnie majowy maraton kozienaliowo-kulturaliowo-juwenaliowy zrobił swoje. Choć luzu też raczej nie było, zwłaszcza pod sceną. W kilku momentach musiałem niestety posiłkować się sabiną…
Muzycznie zespół wypadł w porządku, choć bez rewelacji. Widziałem lepsze comcerty. Żadnych oczekiwań repertuarowych nie miałem więc się nie zawiodłem.





































