Są koncerty, które fotografują się same. Są takie, gdzie od początku do końca trzeba walczyć. Z parującymi obiektywami, z tłokiem pod sceną bez fosy i przede wszystkim z brakiem światła. I ten zaliczam do grupy drugiej. Wystąpiły wszystkie elementy wspomnianej walki. Światło co prawda było fajne, ale tylko z punktu widzenia widza. Matryca mojego przestarzałego już nieco aparatu prosiła o więcej. Z miernym skutkiem.
Muzycznie ciekawe doświadczenie. Szczególnie, kiedy następowała zamiana materiału między wykonawcami (Czesławowe „Ty człowiek jesteś”!) i kiedy skład pozrastał się ponad pojemność sceny Graffiti.
Lao Che moim zdaniem to jeden z najlepszych Polskich (i nie tylko) składów koncertowych. Nie był to może najlepszy ich występ jaki widziałem ale i tak wypadli powalająco. Zgraniem i brzmieniem nokautują. Nawet bez Krojca. Trochę szkoda…








































































