08
Lis-2010

Dżem – Graffiti, Lublin, 07.11.2010

Blog, Koncerty   /   Tags: , , ,

Nie odkryję niczego nowego w twierdzeniu, że są dni lepsze i gorsze. Wczorajszy powinienem zaliczyć to drugiej z tych kategorii. W ogóle nie miałem ochoty wyciągać aparatu z plecaka. Ale w końcu koncert Dżemu w Graffiti to (do tej pory) nieczęsta okazja. Pisząc te słowa zastanawiam się, czy podjęta decyzja (o wyciągnięciu jednak) była słuszna. Rozterki pewnie nabiorą na sile gdy zbliży się moment kliknięcia iskrzącego się ciemnym błękitem przycisku „Opublikuj”.

Może zacznę inaczej. Dawno, dawno temu słuchałem Dżemu z wypiekami na twarzy. Lat temu około piętnastu. Nigdy nie była to fascynacja przekazem serwowanym przez autora tekstów a zawsze duetu gitarowego Styczyński-Otręba. Dźwięki nagrane przez tych Panów na kilku płytach do dziś stawiam wysoko w czołówce moich starych gitarowych faworytów. I zawsze koncertowo sprawdzali się lepiej niż w studio. Widziałem Dżem wielokrotnie. W małych klubach i na dużych scenach. Jurka Styczyńskiego kilka razy więcej, czy to u boku Ryszarda Styły czy choćby ostatnio (niech będzie, 2 lata temu) w trio z Mietkiem Jureckim i Wojtkiem Pilichowskim (w roli perkusisty). W trakcie jam session po finale Solo Życia 2008 wziął do ręki pierwszą lepszą gitarę podłączoną do kiepskiego wzmacniacza i załoił w taki sposób, że cały tani sprzęt nabrał nagle niezwykłej szlachetności. Dzięki temu co ma w palcach.

Tym razem tego nie było. Zespół grał, grał i grał, repertuar uzupełniały coraz bardziej znane kompozycje a nuda zawiewała aż na balkon realizatora. I w końcu mnie wywiała.

Być może wytłumaczeniem tego faktu jest jedynie moje nastawienie. Choć podczas rewelacyjnie przyjętego przez lwią część publiczności koncertu podczas Przystanku Woodstock 2009 było (w moim odczuciu) tylko nieco lepiej. Pewnie dlatego, że znalazłem innych gitarowych herosów (choć wciąż doceniam wioślarzy Dżemu), być może w ciągu miesiąca widziałem w Graffiti miażdżące koncerty Decapitated, Obscure Sphinx czy nawet Frontside dwa dni wcześniej. Wreszcie – progres zasłonił mi uszy na piękno i prostotę bluesa.

A może dlatego, że magia Dżemu gdzieś się rozpłynęła i powraca tylko przy spektakularnych, wielkich występach (nie, nie widziałem urodzinowego DVD). Tym razem nie widziałem zaangażowania. Także z mojej strony. Duży tłok, nieznany operator świateł w klubie (tak, wciąż mnie zaskakują – pozytywnie (jak tydzień temu)  i (jak wczoraj) negatywnie) i parujące obiektywy. Jak nie jestem zadowolony z koncertu tak ze zdjęć również.  OK, ja się wytłumaczyłem. Czekam na razy…:P

Nie jestem totalnym malkontentem. Publiczność bawiła się wspaniale. Koncert należy uznać za całkowity klubowy i frekwencyjny sukces! Brawo Graffiti!!!

Założę się, że Lao Che w środę znów zmiecie energią i wywoła moją euforię. Grunt to nastawienie. Już nie mogę się doczekać. „Opublikuj” klik…

P.S. Chciałbym mieć w plecaku tyle użytecznych gadżetów z napisem Nikon ile w sklepiku z napisem Dżem:P Przydałoby się większe nosidło…

0

 likes / jeden komentarz
Poleć ten post: